— Nie miała natomiast całej góry. To był klasyczny „obrzyn”. Ktoś przeciął to auto brzeszczotem na wysokości drzwi, więc było bez dachu, szyb i wycieraczek. Wymagało remontu i dostosowania do jeżdżenia. Pomógł mi kolega, który znał się na tym, bo ja wówczas nie miałem żadnego wykształcenia technicznego. Ale sporo się tą
DKW-ką najeździłem. Nawet dojechałem nią nad morze w ciągu prawie trzech dni — w czasie deszczu trzeba było ją przykrywać plandeką i czekać, aż przestanie padać, nocą nie można było jechać, bo nie było świateł, z górki zjeżdżałem ostrożnie, bo były słabe hamulce. I chyba wówczas to zainteresowanie starymi pojazdami przerodziło się w pasję na całe życie.
NKJP: Lekarz weteranów, Tadeusz Gańcarczyk, Trybuna Śląska, 26.05.2001