Każdy z nas miał także swą specjalność. Amerykanie mieli naturalnie swoje chody, choć nie mieli już ambasady, Djuka (miał piękną żonę, Marię, śpiewaczkę), poprzez swego ambasadora, wówczas oficjalnie „niezaangażowanego”, dr. Bożko Vidacovicia (chyba zniknął potem w ramach kolejnej czystki
Tita), utrzymywał świetne stosunki z nuncjaturą, która stawała się powoli ważnym centrum pośrednictwa politycznego. Ja z kolei miałem za zadanie uczyć wszystkich innych marksistowskiej interpretacji decyzji i przemówień Fidela, który coraz częściej i głębiej zapadał w potworny wolapik, absolutnie nie do zrozumienia i nie do odczytania przez niedokształconych w sowietyzmie dziennikarzy burżuazyjno-imperialistycznych.
NKJP: Leopold Unger, Gazeta Wyborcza, 1997
Tito stał się żywą legendą i wabikiem dla co znamienitszych osobistości. I to nie tylko wśród polityków. Tak jak przed wojną w środowisku nadrealistów, tak i teraz opowiadano o nim niestworzone historie w kręgach dziennikarzy, artystów, pisarzy, aktorów i oczywiście dyplomatów. Kiedy Richard Burton zagrał
Titę jako naczelnego wodza w bitwie o Sutjeskę,
Tito zaprosił go, wraz z Elizabeth Taylor, na wyspę Brioni. Skądinąd wiadomo, że był on wielkim miłośnikiem kina. Podobnie jak Stalin,
Tito też pasjonował się westernami.
Każdego roku 25 maja cały kraj świętował jego urodziny. Dzień ten ogłoszono Dniem Młodości. Jego zwieńczeniem był zlot na stadionie w Belgradzie i zakończenie biegu sztafety, która przemierzała cały kraj. W każdej z sześciu republik jedno miasto nosiło imię
Tity. Republiką, która najbardziej go kochała, była bez wątpienia Bośnia i Hercegowina.
NKJP: Gazeta Wyborcza, 1996