Innym razem ks. Robert odwoził biskupa do jego rezydencji. Było już ciemno, a trzeba było przejechać przez dużą
fawelę. Biskup w pewnym momencie zapytał, gdzie w aucie zapala się światło i którym przyciskiem opuszcza szybę. – Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Nagle biskup otwiera okno, włącza światło, wychyla się i krzyczy: „Szczęść Boże, to ja”. Słyszę głos chłopaka: „Szczęść Boże, księże biskupie, proszę pobłogosławić”. Kiedy zobaczyłem, że trzyma w rękach broń, wychyliłem się i powiedziałem: „Ale ja za chwilę będę wracał” – wspomina z uśmiechem.
KWJP: W mieście Boga, Gość Niedzielny 30/2013, 25.07.2013