Kiedy spojrzeli na siebie — ona musiała zadrzeć głowę do tyłu, żeby on jak żuraw mógł zajrzeć w jej wielkie oczy — publiczność już była ich, nie musieli pokazywać sztuczek, z których każda wyglądała na próbę samobójstwa lub morderstwa. To, co zaprezentowali, trudno jednoznacznie określić — ani to taniec, ani też walka. Czasem on podnosił ją, czasem ona jego, innym razem zderzali się w powietrzu jak punkowcy w
pogo. Było w tym trochę z tanga, a trochę z
kung-fu. Trochę też z kłótni małżeńskiej i z
capoeiry. Zdarzały się też pokazy, w których punkt ciężkości przesunięty był na
clownadę — gagi i anegdotę, na kreowanie postaci i budowanie między nimi konfliktu. W tych występach ilość tricków była mniejsza, a stopień trudności mniej oczywisty. Ale uwagę przyciągał pomysł.
KWJP: Marcin Skrzypek, Cyrk ratuje kulturę, Pismo Folkowe 101, 2012